Norbert Grzybek

Wpisy odzwierciedlają moje myślenie o pracy z zespołem. Jeżeli chcesz wdrożyć podobne podejście w swojej organizacji – zapraszam do rozmowy
Piotr.

W trosce o nasze palce

Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku.

Nicólás Gómez Dávila

Coraz więcej firm bardzo poważnie zaczyna rozważać koncepcję, czy nie uczynić pracy zdalnej „nowym standardem”. Oszczędność na powierzchniach biurowych, sprzątaniu, mediach – to opcja kusząca. Poza tym ogromna część pracowników, szczególnie tych z branży IT, dziś pytana, jak im się pracuje w domu, odpowiada: coraz lepiej. Nic zatem, tylko go head! Brać garściami.

Ja bym jednak zalecał mniej hurra optymizmu, a więcej trzeźwego spojrzenia.

Faktycznie w pracy zdalnej dostrzegam sporo korzyści, jednak w czynieniu z niej mechanicznie „nowego standardu” widzę wcale nie mniej ryzyk. I nie tyle chodzi mi tu nawet o podnoszoną do potęgi nie wiadomo której „efektywność biznesową” – główne ryzyko, jakie upatruję w permanentnej pracy z domu, to założenie człowiekowi kolejnych niewidzialnych kajdanek. Rzecz jasna, dokładnie w ten sam sposób, w jaki daliśmy się zakuć w już istniejące  – pod pretekstem naszego własnego „dobra”. Czytaj: wygody. 

Absolutnie nie uważam przy tym za przypadek, że cywilizacje, które na przestrzeni wieków padały, czyniły to w momencie, kiedy wygoda (wygodnictwo) brało górę nad dotychczasowymi wartościami, na których cywilizacje te zbudowały swoją potęgę. Nie chce mi się tu rozpisywać o postępującej degeneracji obywateli dawnego Rzymu, którym dobrobyt tak już poprzewracał w głowach, że w pogoni za coraz bardziej „oryginalnymi” przyjemnostkami nie tylko orgie seksualne uznały za standard, ale i konie potrafili wynosić do godności cesarskich. Dla fun’u rzecz jasna.  

Nie zgadzam się tym samym z tezą, że „wygoda” i opinia ludzi na temat tego, czy wolą pracować w domu czy biurze, to najwłaściwsze kryteria podejmowania przez firmy decyzji o przemodelowaniu obecnego systemu pracy. I już wyjaśniam dlaczego.

Żyjemy wprawdzie w czasach, które szczycą się tym, że są „racjonalne” (od ratio: rozum), prawda jest jednak taka, że żyjemy nie tyle w czasach rozumu, co naiwnej wiary w kolejne nowinki technologiczne i „innowacje”. Wierzymy, że technologia rozwiąże nam problemy, których sami rozwiązać nie potrafimy – już nawet nie te związane z zatruciem środowiska naturalnego (sztuczne pszczoły – Sic!), a o sprawach znacznie prostszych: spadającym zaangażowaniu pracowników, dramatycznie niskim poziomie kultury osobistej u młodego pokolenia czy nieistniejącym już dziś właściwie etosie pracy.

Z jednej strony polecamy sobie książki noblistów, którzy dostali Nobla właśnie za to, że „udowodnili”, że ostatnią rzeczą, jaką ludzie w swej masie kierują się w podejmowaniu większości decyzji, jest rozum – z drugiej jednak, całkiem poważnie przedstawiamy „wyniki badań”, jako dowód na to, że sensownym jest uczynić home office nowym standardem pracy, bo sami pracownicy mówią, że tak by właśnie chcieli. Brawo.

Nie jest również wg mnie przypadkiem, że przodują w tym myśleniu firmy z branży „technologii”, które nie tak dawno jeszcze chciały, by ich biura przypominały dom – tylko dlatego, że zainstalowano w nich huśtawki i serwowano wyciskane soki – teraz zaś wpadły na pomysł jeszcze bardziej „innowacyjny”: zamieńmy ludzkie domy na biura. 

I na tej właśnie linii pojawia się główne zagrożenie, które sprawia, że jestem przeciwnikiem uczynienia „wygody” jedynym punktem odniesienia dla podejmowanych decyzji. Bo wygoda może być (owszem) miła – może być jednak również ślepą uliczką. 

Rozmaite dowozowe koncepty są oczywiście niezwykle wygodne, tyle tylko, że nazbyt często redukują wydarzenie zwane wspólnym posiłkiem do prostackiego napychania żołądka. Myślę, że każdy zgodzi się za mną, że wyjście do baru na obiad ze znajomymi, wspólna rozmowa a może i niewinny flirt z barmanką, to coś całkowicie innego, niż zamówienie posiłku w kartonie, szybkie jedzenie, by jak najszybciej wrócić do obowiązków pracowniczych, płatność kartą i ocena jakości dostawy na 5 gwiazdek za pośrednictwem aplikacji.

I to jest właśnie główne zagrożenie, jakie dziś dostrzegam w mechanicznym podejściu do „pracy zdalnej”. W świecie i tak dziś już mocno atomowym, o nadwątlonych i nietrwałych relacjach, odbieranie ludziom jednej z ostatnich przestrzeni, w której MUSIELI ze sobą przebywać w sposób realny, z wszystkimi towarzyszącymi tej realności emocjami, zgrzytami i radościami, jest działaniem bardzo ryzykownym. 

Kolejna sprawa to zespoły. Jest wiele firm, których efektywność opiera się w jakiejś mierze na pracy zespołu, a nie tylko sumie pracy poszczególnych jednostek. Dla każdego, kto kiedykolwiek zarządzał ludźmi i ci ludzie nadal by chcieli, by był ich szefem, jest jasne, że „nie da się zbudować zespołu bez wychodzenia na boisko”. Innymi słowy, bardzo trudno będzie zbudować zespół w sytuacji, kiedy gros czasu ludzie będą spędzać sam na sam ze swoimi komputerami w swoich domach.

To zatem, co niniejszym chcę powiedzieć, to że o ile model pracy zdalnej może być korzystny, jeśli zostanie mądrze połączony z systemem spotkań „na żywo”, o tyle w ujęciu mechanicznym może okazać się dla wielu firm „zamienił stryjek siekierkę na kijek”. Może spowodować, że firmy te zaczną – niczym socjalizm – bohatersko walczyć z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju.

Przypomina mi się w tym miejscu historia pewnej fundacji, która postawiła sobie za szczytny cel nieść pomoc mieszkańcom Afryki. Budowała im studnie. Powodem, dla których upatrzyli sobie akurat studnie, był fakt niezwykle ciężkiego losu miejscowych kobiet, które każdego dnia musiały wędrować kilka ładnych kilometrów po wodę, a potem tę wodę na dokładkę jeszcze w dzbanach przynieść na swoich głowach. 

Studnie, wybudowane na miejscu, zdawały się być rozwiązaniem, które aż się prosi o „wdrożenie”. I jak wykoncypowano, tak i zrobiono: wiele wiosek doczekało się swoich własnych ujęć wodnych. Radość została jednak dość szybko przyćmiona faktem, że losu kobiet nie tylko rozwiązanie to nie poprawiło, ale pogorszyło. I to znacznie. Okazało się bowiem, że o ile wyprawa po wodę była długa i męcząca, zajmująca kobietom niemalże cały dzień, to czas, który pozostał „wolny”, kiedy zniknęła konieczność tych wypraw, miejscowa kultura natychmiast wypełniła pracami znacznie cięższymi. Mało tego – po czasie dopiero okazało się, kobiece wyprawy „po wodę” spełniały ogromną funkcję społeczną: kobiety przebywając we własnym gronie, spokojnie rozmawiały na tematy, na które nie mogły sobie pozwolić w gronie mężczyzn czy całych wiosek. Odebranie im tej przestrzeni wspólnych wypraw zniszczyło zatem również ogromną przestrzeń kulturotwórczą. 

Podobnie może stać się z pracą zdalną. Granica pomiędzy pracą a życiem rodzinnym jest jedną z ważniejszych, jakie w zdrowym społeczeństwie powinny funkcjonować. To ta właśnie granica pozwala bowiem człowiekowi tratować rodzinę jak rodzinę, a nie „zakłócenie w pracy”. Mechaniczne przeniesienie pracy na grunt domowy tylko dlatego, że „bardziej nam się to opłaca” i „pracownicy tak napisali w ankietach” musi w wielu przypadkach skutkować nawet nie tyle dalszym zacieraniem się tych granic, co pomieszaniem dwóch całkowicie odmiennych ról. Wyjście do biura pozwalało przynajmniej mieć nadzieję, że kiedy człowiek już z niego wyjdzie, zostawi pracę z  jej problemami za sobą. Wprawdzie smycz w postaci laptopa, tableta i smartfona, nie pozwalała za bardzo się oddalić, ale chociaż dawała takie poczucie. Bezrefleksyjne przeniesienie jak największej części pracy do domu, nawet tę resztkę nadziei większości ludzi odbierze.  

Wracając do tytułowych „obitych palców”: ogromna część systemów terapeutycznych zachęca swoich pacjentów do życia wg słów Marka Aureliusza „Panie, daj mi siłę, bym przyjął w pokoju to, czego nie mogę zmienić, odwagę, aby zmieniał to, co mogę zmienić i mądrość, bym umiał odróżnić jedno od drugiego”. 

Szkoda że słowa te przypominają nam dopiero terapie, a jeszcze większa szkoda, że wiele współczesnych dyscyplin rozwojowych wyrasta wprost z założeń dokładnie odwrotnych. Z pooświeceniowych miazmatów, w myśl których człowieka można lepić niczym plastelinę, a zwieńczeniem tych zabiegów będzie „całkiem nowy człowiek”. Taki, który pozbył się tego wszystkiego, co było w nim „złe” i „ułomne” i – np. poprzez „samorozwój” – doszedł do poziomu, kiedy to nie tylko może wszystko (impossible is nothing), ale też żyje sobie w sposób radosny, będąc wiecznie zadowolonym z siebie i swojego rozumu: „jest wolny i szczęśliwy”. Nigdzie wprawdzie nie udało się zrealizować z praktyce koncepcji „szlachetnego dzikusa” – jeśli już to przyniosła ona owoc w postaci coraz bardziej rozwydrzonego „dzikusa nowoczesnego” , który ze szlachetnością ma niewiele wspólnego – nie znaczy to jednak że sama idea wywietrzała z głów tych, których całym marzeniem jest świat ten i zamieszkującego w nim człowieka „poprawiać”. 

Osobiście uważam mrzonki o poprawianiu człowieka za naiwne i szkodliwe, z każdym rokiem dostrzegając coraz wyraźniej, że natura ludzka, z jego predylekcją do egoizmu, pychą, zazdrością, unikaniem odpowiedzialności, konformizmem, tchórzostwem czy po prostu epatowaniem siłą i deptaniem innych, ma się nadal całkiem dobrze. I to pomimo – a może właśnie na skutek? – powstawania coraz bardziej humanistycznych albo i wręcz magicznych szkół rozwoju. Obserwacja środowiska trenerów czy coachów przekonuje mnie o tym zresztą aż nader dowodnie. Człowiek jakimi był zawsze, takim i nadal pozostaje – niezależnie od ilości i jakości pudru, którym fakt ten chcielibyśmy przykryć.

Tym samym każdemu, kto dziś dostrzega szansę dla swojego zespołu we wprowadzeniu zdalnej pracy w miejsce dotychczasowego „standardu biurowego” – przynajmniej pod rozwagę – poddaję przyjęcie za pewnik, że niezależnie od wszystkiego, ludzie nadal potrzebować będą zachowania jasnych zasad tej pracy – tym jaśniejszych, im bardziej „elastyczny” wydaje się być system pracy zdalnej – elementarnej równowagi pomiędzy pracą a prywatnością, pomiędzy samodzielnym a wspólnym, podobnie jak i posiadania przestrzeni, w której mogą się „odwentylować” czy poczucia przynależności do czegoś znacznie większego niż tylko „ja + mój komputer”.

Przerzucanie całej odpowiedzialności na stworzenie takiego systemu na samych pracowników pod pretekstem „sami przecież chcieliście, byśmy dali wam home office” jest w mojej opinii wygodnictwem. Odpowiedzialnością firm i jej kadr kierowniczych jest dziś skupienie swojego wysiłku na opracowaniu i przemyślanym wdrożeniu nowego modelu pracy, takiego jednak, w którym ludzie będą pracować nie tylko efektywnie, ale też z poszanowaniem ich faktycznych potrzeb – nawet jeśli oni sami potrzeb tych sobie nie uświadamiają, albo nie traktują wystarczająco poważnie. 

Kierownictwo właśnie dlatego jest kierownictwem, że bierze na siebie obowiązek dostrzegania tego, czego pracownicy być może sami nie widzą. I to właśnie obowiązkiem kadr menedżerskich jest dziś wypracowanie takiego modelu blended, który w przemyślany sposób (zależny w największej mierze od specyfiki pracy danej organizacji), połączy pracę zdalną ze spotkaniami zespołu „na boisku”. 

Mogą to być regularne spotkania w biurze, organizowane w konkretnym celu i z przydzielonymi pracami do wykonania przed,  mogą być wspólne wyjazdy i praca którą, nieżyjący już a znakomity polski projektant Janusz Kaniewski, określał na swój własny użytek jako „slow work”. 

Kaniewski po prostu zabierał cały swój zespół np. do Sopotu, gdzie cały dzień się wspólnie włóczyli, razem spędzali czas, jedli i popijali winko, a potem kładli na stół konkretny temat i w ciągu kilku godzin robili więcej niż przez tydzień byli w stanie zrobić w rozproszeniu.

W mojej ocenie jakość nowego systemu pracy opierać się będzie właśnie na mądrym połączeniu „starego” z „nowym” – a nie na bezmyślnym małpowaniu hasła „wyrzuć stare, kup nowe”. Jestem przy tym głęboko przekonany, że większość nigdy nie ma racji. Rację z reguły mają ci, którzy patrzą szerzej i dalej niż większość. I do tego zachęcam. By jak najczęściej być w mniejszości.

Stworzenie dziś sprawnego systemu łączącego pracę zdalną z systemem działań, które zachowają albo nawet scementują zespól, będą budować jego identyfikację z firmą i osobiste zaangażowanie trafia na bardzo podatny grunt: firmy są zmuszone, by się zmieniać. Aby jednak coś wartościowego stworzyć, potrzebna będzie grupa odważnych liderów i chęć, by część pieniędzy zaoszczędzonych na „pracy zdalnej” przeznaczyć na działania, które tę pracę ukierunkują i nadają jej inny wymiar niż tylko „każdy sam pracuje w domu” a firma rozlicza każdego z osobna z efektów jego działań. 

Chyba, że misją firmy jest dalsza atomizacja społeczeństwa i tak też wygląda jej model biznesowy: nie potrzeba jej zespołów, relacji, wspólnot, a jedynie siatka wolnych elektronów. Których „w razie czego” błyskawicznie można szybko zastąpić kolejnymi, choćby nawet i z drugiego końca świata. 

Umiar. We wszystkim umiar i rozsądek.